Wywiad: Mateusz Krautwurst – „Muzyka to mój sposób na życie”

Polski wokalista, producent i songwriter Mateusz Krautwurst, w ekskluzywnej rozmowie z SugaSoul.pl .

SugaSoul.pl: Nie ma się co oszukiwać – brzmienia soulowe nie były i nadal nie są najbardziej popularnymi dźwiękami nad Wisłą. Skąd wzięła się Twoja miłość do czarnej muzyki?

Mateusz Krautwurst: Nie oznaczałby tej muzyki kolorem… W zasadzie pierwsze soulowe dźwięki dotarły do mnie poprzez Mietka Szcześniaka, Kayah, Kubę Badacha i Polucjantów (wtedy tak brzmiała nazwa). Przyjaciel Damian Krawczonek podsuwał mi te nagrania, a ja łykałem je bez oporów. Wkręcało mnie to i pozwalało samemu czuć muzykę pełniej. Dave Weckl, Marcus Miller, nawet Walk Away i ich F/X, Dorota Miśkiewicz, potem D’angelo, Erykah Badu, The Roots, O.S.T.R. To przyszło nieco później i intensywnie okupowało głośniki.

SugaSoul.pl: Opowiedz nieco o swojej muzycznej podróży. Wiemy już jacy artyści Ci w niej towarzyszyli. Jak wyglądały początki? Kiedy przyszła świadoma decyzja by na poważnie zająć się muzyką?

Mateusz Krautwurst: Nie wiem czy świadoma decyzja kiedykolwiek nastąpiła… Od dziecka byłem pochłonięty muzyką i nie umiałbym bez niej żyć. Dorastałem i żyłem z muzyką, rozwijałem się przy niej jako dzieciak, chłopak, itd. Wciąż wiem jak wiele mam do zrobienia w kwestii warsztatu wokalnego. Zdaję sobie sprawę, że praca w studio rozwija mnie i poświęcam się doskonaleniu tej strony mojej muzycznej osobowości. Jestem jeszcze młodym kolesiem, więc nie może to zabrzmieć jak jakieś podsumowanie muzycznego życia (śmiech). Obym pisał nutę jeszcze długo!

SugaSoul.pl: Nie możesz jednak zaprzeczyć, że kroczysz muzyczną drogą absolutnie świadomie – udział w licznych talent-show pokazuje, że jest w Tobie wiele determinacji.

Mateusz Krautwurst: Tak, dziś zupełnie świadomie żyję z muzyki. Teoretycznie mógłbym przecież w inny sposób pracować na pokrycie rachunków. Jest to jednak nie tylko zawód, ale również mój sposób na życie, na samorealizację. Program The Voice of Poland był mi bardzo potrzebny. Wiele zrozumiałem, wiele się nauczyłem. Dzięki wykształceniu, grze na instrumencie i pracy nad warsztatem mogę realizować produkcje muzyczne nie tylko dla siebie jako wykonawcy, lecz również dla innych artystów. Jest to moje drugie oblicze. W zasadzie od zawsze żyję właśnie w ten sposób. Potrzebowałem czasu i środków do inwestycji w swoją muzykę. Na szczęście dziś wysyłam ostatnie dwa utwory z nadchodzącej płyty do masteringu. Czeka mnie jeszcze sporo pracy nad tym by album został zauważony, ale wierzę, że trafi w końcu do tych, którzy uznają tę muzykę za wartościową.

SugaSoul.pl: Wspomniałeś o wykształceniu. Studiowałeś na wydziale Jazzu i Muzyki Estradowej. Czy nauka na Uniwersytecie Zielonogórskim rozwinęła Cię i uskrzydliła czy też, jak to często bywa na uczelniach wyższych, próbowano Cię stłamsić, ustawić w jednym, równym szeregu bezbarwnych wokalistów?

Mateusz Krautwurst: Czas studiów był bardzo cenny. To w Zielonej Górze na Jazzie i Muzyce Estradowej poznałem Łukasza Damrycha (jeszcze na egzaminach wstępnych), Marcina Pendowskiego, Adasia Golckiego, a nieco później (poprzez Łukasza Damrycha) Piotrka Kalutę i Łukasza Sobolaka. To niezwykle zdolni muzycy i wiele się od nich nauczyłem. Wciąż się uczę jak tylko jest szansa wspólnie grać. Mój kontakt z wykładowcami był dobry; otrzymałem ogrom informacji, które były mi potrzebne. Ciężko jest naprostować lub zgiąć mój kręgosłup (śmiech). Nie odczułem potrzeby ustawiania mnie w szeregu. Na pewno bycie studentem Jazzu to nie tylko same nuty, ale też wszystkie sprawy, które trzeba załatwić w dziekanacie i ogólne „radzenie sobie” w studenckiej codzienności. Nie zapominam jednak, że wciąż się uczę – pracuję nad sobą i nad bardziej precyzyjnym słyszeniem muzyki. Ten proces pewnie nigdy się nie skończy.

SugaSoul.pl: Czy uczysz się także od innych, współczesnych artystów? Od pewnego czasu w muzycznym świecie pojawiają się coraz ciekawsze postaci, które zdają się reanimować nieco skostniały w ostatnich latach gatunek r&b. Czy śledzisz to co dzieje się w muzycznej Europie i za oceanem? Masz jakichś swoich ulubionych współczesnych muzyków?

Mateusz Krautwurst: W miarę możliwości czasowych śledzę to, co dzieje się w gustach muzyków z najbliższego otoczenia, biorę to, co naprawdę mnie rusza. Sam często po prostu na coś wpadnę. Już dawno temu Jarle Bernhoft zachwycił mnie i to od pierwszych dźwięków. Wpadłem na niego przez Łukasza Damrycha. Dużo czasu spędziłem jednak w pracy nad zamknięciem produkcji własnego albumu. Przygotowania zabierają godziny cennego czasu ale też prawdziwie pochłaniają. Ostatecznie liczy się możliwość dzielenia własną muzyką.

SugaSoul.pl: Wróćmy do Twojej twórczości. Ogromna część piosenek, które do tej pory napisałeś, wydaje się być niezwykle szczera, intymna i prawdziwa. Nie boisz się otwierać przed ludźmi, których tak naprawdę nie znasz?

Mateusz Krautwurst: Chcąc nie chcąc zawsze nadaje się utworom słowno-muzycznym dużą dozę dowolności interpretacyjnej. Tak naprawdę liczy się to czy muzyka porusza, czy dostarcza emocji, czy wzbudza zachwyt nad improwizowanymi partiami instrumentalnymi. Każda – nawet najbardziej osobista opowieść – może być uniwersalnym zdjęciem konkretnych emocji. To dzięki empatii kochamy niektórych artystów. Nie chodzi tu przecież tak naprawdę o wykonawców, ale o emocje, które przekazują oraz to, co czyni z tymi emocjami poprzez muzykę. Wierzę, że na nadchodzącym albumie wiele piosenek będzie bliskich codzienności, być może wiele moich prywatnych przemyśleń sprowokuje innych do własnych refleksji. Jasne, że czuję wielką obawę przed tym jak ta płyta zostanie odebrana… Wierzę, że są osoby, którym część piosenek z płyty Gdzieś pomiędzy będzie bardzo bliska; część utworów z pewnością wzbudzi dyskusję nad treścią czy samą formą przekazu, ale przecież to też – poza czysto rozrywkową funkcją – jest też rolą muzyki.

SugaSoul.pl: Kiedy i jak narodził się pomysł na solowy album?

Mateusz Krautwurst: W zasadzie to ciekawe, bo solowy album brzmi dość niepoważnie, gdy mówimy o wokalistach, którzy sami nawet nie piszą. Na płytach zawsze słychać wiele osób – muzyków lub programowane sample; mamy kompozycje, teksty pisane do nich lub odwrotnie, słyszymy to tak, jak słyszała piosenkę aranżująca ją osoba, słyszymy w końcu efekt pracy nad mixem i masteringiem piosenki. To długi proces – od powstania kompozycji, do jej finalnego brzmienia. Album, o którym rozmawiamy składa się z dwóch płyt. Pierwszy krążek zatytułowany Gdzieś pomiędzy, to akustycznie brzmiące, ciekawe kilkanaście utworów, które tworzą spójną całość (tak to czuję). Płyta druga, niejako bonusowa, to krążek, na którym występują różni wykonawcy, a piosenki pochodzą z mojej współpracy z gronem zdolnych ludzi. To, w pewnym sensie, zamyka pewien etap mojej artystycznej drogi, podsumowuje część twórczości i pozwala szukać dalszej ścieżki swojego brzmienia.

SugaSoul.pl: A zatem zaprosiłeś do współpracy nad nowym krążkiem innych artystów. Gościnni producenci, inni wokaliści na featuringu? Zdradzisz jakieś nazwiska?

Mateusz Krautwurst: Ważne jest, że na pierwszej płycie brzmienie wszystkich utworów współtworzą instrumenty muzyków z The Positive oraz kilku zaproszonych gości. Dzięki nim płyta brzmi ciekawiej. Nie wyobrażam sobie w ogóle tych nagrań bez Łukasza Sobolaka za perkusją. Dzięki Marcinowi Pendowskiemu bas w każdym utworze nadaje odpowiedni plus. Łukasz Damrych wgrał wszystkie partie rhodesowe. Piotrek Kaluta dodaję smaku na gitarze elektrycznej, ale też na akustyku. Do tego Przemek Kostrzewa, Nathan Williams, Marcin Cichocki, a także Sara Malinowska, Małgorzata Komorowska, Marcin Kajper oraz Frenchy.

SugaSoul.pl: Jakich muzycznych inspiracji możemy się spodziewać na Twoim najnowszym projekcie?

Mateusz Krautwurst: Na pewno będzie to świeże, choć nie mówimy o muzyce mającej współczesne korzenie.

SugaSoul.pl: A zatem korzenie zbliżone do twórczości jakiego np. artysty…?

Mateusz Krautwurst: Wszystko kręci się wokół soulu, jazzu, ale też funkującego popu, czasem szyderczych, nieoczywistych tekstów. Całość na pewno zbliżona jest do twórczości Krautwursta (śmiech).

SugaSoul.pl: Gdybyś miał porównać najnowszy materiał do tego, który zawarty był na debiucie z 2006 w składzie zespołu The Positive, jakie wskazałbyś największe różnice?

Mateusz Krautwurst: Płyta jest połączeniem inspiracji i słyszenia muzyki w ostatnich kilku latach. Z pewnością krążek Gdzieś pomiędzy nie jest tak jednoznaczny, ma więcej barw, ja sam jestem na niej dalej od pewnych schematów… Gdzieś pomiędzy to album polskojęzyczny, co ma dla mnie duże znaczenia (wyjątkiem jest gościnny udział Frenchy’ego).

SugaSoul.pl: Co daje Ci więcej satysfakcji – praca w studiu czy występy na żywo?

Mateusz Krautwurst: Myślę, że to dwa zupełnie różne światy… Przenikają się i równowaga między nimi wpływa również na mnie. Uwielbiam tworzyć, nadawać nutom brzmienie, czuć, jak powstaje fraza, jak sylaby łączą się w zdania i niosą sens… Nic jednak nie zastąpi autorskiego koncertu. Z panami z The Positive na scenie, każdy utwór dostaje drugie, choć krótkie życie. Ot, cała magia muzyki na żywo.

SugaSoul.pl: Czy po premierze płyty możemy spodziewać się jakiejś zorganizowanej trasy z nowym materiałem?

Mateusz Krautwurst: Tak. Trasa jest w budowie. Na pewno będę starał się dotrzeć do jak największej ilości miejsc z materiałem live. To dla mnie bardzo ważne. Potrzebuję się dzielić swoją muzyką, stąd będę zabiegał, aby płyta nie pozostała niezauważona.

SugaSoul.pl: A zatem na koniec – co istotnego ma do przekazania Mateusz Krautwurst, co sprawia, że jego nadchodzący album powinien znaleźć się w naszej płytotece?

Mateusz Krautwurst: Krautwurst nie jest jak ciastko – z pewnością nie każdy musi go lubić. Album jest autorską muzyką, posiada swoje brzmienie, a treść utworów nie pozostawia słuchacza obojętnym. Oczywiście, do dnia premiery to tylko teoria, ale wierzę, że nie mylę się. Z pewnością jest to gratka dla tych, których cieszy odkrywanie nowej muzyki. Łącznie album zapełni niemal 40 tracków. Autorska nuta, ale też workshop i instrumental. Mam nadzieję, że część z nich pozostanie w odtwarzaczach na długo.

 

Rozmawiała: Funky Fox

  • Sympatyczny wywiad, przyjemna lektura.

    Pozdrawiam,

    Witalij | U Call That Love