Relacja: Kamasi Washington wystąpił we Wrocławiu

Nie trzeba skrupulatnie śledzić muzycznych nowości, czy też być wybitnym fanem jazzu, by wiedzieć, kim jest Kamasi Washington. Saksofonista i kompozytor rodem z Los Angeles namieszał bowiem w muzyce, będąc tym samym na ustach wszystkich krytyków.

Choć w swoim muzycznym dossier może pochwalić się współpracą z Chaką Khan, Lauryn Hill, Raphaelem Saadiqiem czy Kendrickiem Lamarem, trzydziestopięcioletni Washington to wciąż debiutant — pierwszy solowy album artysty ukazał się w ubiegłym roku. Premiera trwającego niespełna trzy godziny dzieła zatytułowanego The Epic, wydanego pod szyldem należącej do Flying Lotusa wytwórni Brainfeeder, tylko zintensyfikowała moją ciekawość oraz chęć usłyszenia Kamasiego na żywo. W poniedziałek miałem tę okazję.

Zaczęło się dosyć przewrotnie, bo od utworu Final Thought. Formuła koncertu była jasna w zasadzie od razu: będzie luźno, a odnotowanie początku i końca poszczególnych, niezwykle długich i zmieniających swoje tempo jak w kalejdoskopie aranżacji może stanowić problem. Nieco spokojniej zrobiło się podczas kolejnego kawałka, Clair de Lune. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem głos Patrice Pitman Quinn. Patrzenie na ekspresyjną wokalistkę, która przez czas trwania całego występu zdawała się być bez reszty oderwana od rzeczywistości, było prawdziwą przyjemnością. Quinn dała się poznać na swoim talencie także w trakcie wykonywania bodaj mojego ulubionego numeru ze wspomnianego wcześniej The Epic, czyli The Rhythm Changes.

 

14045544_10153683516217854_3640496228445879389_n

 

Choć dalej wypadałoby skupić się bardziej na głównym bohaterze koncertu, nie sposób nie poświęcić jeszcze kilku zdań jego muzycznej świcie. Tak więc byłem świadkiem mistrzowskiej „bitwy na perkusje”, której przewodzili Tony Austin i Robert Miller Jr. (nadal nie mogę zdecydować się, kto ją wygrał), popisu wirtuoza klawiszy, Brandona Coleman’a czy odwiedzin sceny wypełnionego niemal po brzegi wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki przez ojca Kamasiego, Rickeyego Washingtona. Ten z kolei wkupił się w łaski wymagającej publiczności grą na flecie i saksofonie sopranowym…

 

14040050_10153683516327854_2233075584409324738_n

 

Podobało mi się to, że każdy z muzyków Washingtona miał swoje, całkiem długie „pięć minut”. Choć wszyscy wiedzieli, kto jest najjaśniejszą gwiazdą wieczoru odniosłem wrażenie, jakbym uczestniczył w koncercie grupy starych przyjaciół. Ludzi, którzy oprócz tego, że są niewątpliwie utalentowani, to ufają sobie i doskonale wiedzą, że dla melomanów szeroko pojętej muzyki jazzowej robią coś dobrego. Bo robią.

Sam Kamasi, choć momentami wyraźnie zmęczony wydającą się nie mieć końca trasą po świecie, zawiódł zapewne nielicznych. Dynamiczna, momentami „agresywna” gra na saksofonie to coś, czego nie ma okazji doświadczyć się na rodzimych scenach zbyt często. Konfrontacja z tym, co znałem dotychczas tylko z jednego krążka była zatem bardzo cenna. O zawodzie nie ma mowy.

 

14089232_10153683517192854_5864294849752386467_n

 

Autor: Piotr Bućkun

 

Zamieszczone powyżej fotografie stanowią własność Narodowego Forum Muzyki, a ich autorem jest Łukasz Rajchert.