Recenzja: Monica – „Code Red”

monica-code-red-cover

Świętująca w ubiegłym roku dwudziestolecie obecności na scenie r&b Monica, dostarczyła swoim fanom piąty album, który niestety kontynuuje jej zniżkową formę rozpoczętą longplayem New Life.

Najnowszy krążek artystki wydany został w drugiej połowie grudnia, dokładnie dwie dekady po premierze debiutu Miss Thang, którym piosenkarka z Atlanty zaskarbiła sobie rzeszę fanów. Choć ani w przeszłości ani dziś nie miałam żadnych zastrzeżeń co do jakości wokalu Monici, nigdy nie był on na tyle spektakularny by bronić się sam, nawet przy słabym repertuarze, jak udawało się to wielokrotnie wielkim rhtyhm&bluesowym diwom królującym w latach 90, by wymienić choćby Whitney Houston, Toni Braxton czy Mariah Carey. Niestety, na Code Red brak dobrego materiału, o którego jakość nie zadbali m.in. Timbaland, Danja czy Pollow da Don, tym samym skazując cały projekt na artystyczną porażkę.

Już rzut okaz na spis utworów i udzielających się w nich gości niepokoi co bardziej wymagających fanów artystki. Cóż bowiem na płycie Monici robią takie postaci jak Lil Wayne czy Akon? Wybór to zaiste przedziwny. Album rozpoczyna się kolaboracją z Missy Elliot, która choć reprezentuje irytujące brzmienie współczesnego, klubowego r&b zjedzonego przez hip-hop, pozbawionego melodyjności i duszy, wciąż nie należy do najgorszych kompozycji na Code Red. Na albumie zawarto całe mnóstwo bezbarwnych utworów, do których każdy kto nie jest fanatycznym wielbicielem Monici, przy zdrowych zmysłach i uszach nie wróci ponownie. Longplay upchany muzycznymi zapychaczami brzmi niczym stworzony dla dopiero co debiutującej, mało utalentowanej kopii wielkich muzycznych ikon, która z pewnością nie wygrała kontraktu dzięki swym predyspozycjom artystycznym.

Druga część krążka przypadła mi do gustu bardziej. Pozytywnym wyjątkiem od miałkich muzycznych nieporozumień jest piosenka Suga, utrzymana w klimacie kosmicznego funku z lat 80, trącące myszką Ocean Of Tears, quasi gospelowe Saints & Sinners oraz sentymentalne, a zarazem zasmucająco ironiczne I Miss Music. Dlaczego ironiczne? Kompozycja rozpoczyna się lamentem, brzmiącym mniej więcej tak: „Tęsknię za Michaelem, Whitney, Tiną, Jamesem, tęsknię za The Fugees i Lauryn, tęsknię za Kurtem Cobainem i Steviem (…) Tęsknię za muzyką. Co mam śpiewać?”. Sama Monica ze swoim najnowszym albumem nie zdecydowała się udzielić odpowiedzi. Wraz z upływem lat, nikt raczej nie będzie nucił kompozycji zawartych na Code Red, bo to co decyduje o nieśmiertelności utworu to nie tylko zgrabna produkcja i niezłe wykonanie, ale przede wszystkim włożone emocje i serce jak choćby w przypadku singli The Boy Is Mine, U Should’ve Known Better czy przecież w nie tak dawno powstałej kompozycji Everything To Me.

Po mało udanym longplayu New Life sprzed trzech lat, Code Red dołącza do albumów w dorobku Monici, o których warto jak najszybciej zapomnieć lub – jeśli jeszcze nie mieliście czasu na jego przesłuchanie – zaoszczędzić niemal godzinę życia i spożytkować ją na czymś bardziej wartościowym. Ubiegłoroczny krążek to spore rozczarowanie i tym razem bez większych nadziei czekam na kolejną płytę artystki, która – wydaje się – na dobre podryfowała w kierunku plastikowego, dobrze sprzedającego się r&b dla mających słaby gust małolatów.

Monica
Code Red
RCA, 2015

Autor: Funky Fox