Relacja: Chris Botti wystąpił we Wrocławiu

Chris-Botti1

Zapraszamy do lektury relacji z koncertu Chrisa Bottiego, który odbył się 27 października we wrocławskiej Hali Stulecia.

Światowej sławy trębacz jazzowy, ceniony kompozytor, laureat wielu nagród muzycznych, w tym statuetki Grammy… Mógłbym tak wymieniać długo. Poza tym Chris Botti, bo o nim mowa, uwielbia koncertować w Polsce. Artysta, który w trasie jest przez 300 (!) dni w roku, zapewnia, że w ciągu ostatnich 13. lat odwiedził kraj nad Wisłą aż 15 razy. Tym razem, na zaproszenie agencji koncertowej Live Nation, smooth jazzowy muzyk pojawił się kolejno w Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Warszawie. Z tej okazji zawitałem do stolicy Dolnego Śląska. Jak było?

Do tej pory muzykę sygnowaną nazwiskiem Botti znałem jedynie z płyt. Oglądałem jednak sławetny zapis koncertu artysty z Bostonu, zarejestrowany na DVD w 2009 roku. Nie oczekiwałem zatem jazzowej strawy w kameralnym klimacie „zadymionych klubów Nowego Orleanu”. Kiedy punktualnie o godzinie 19:05 trębacz z Portland pojawił się na scenie w towarzystwie „gościa specjalnego”, skrzypaczki Luci Micarelli, oraz swojego zespołu, od razu wiedziałem, że wieczór należeć będzie do udanych oraz… bardzo różnorodnych muzycznie. Nie pomyliłem się ani trochę. Jazz swobodnie przeplatał się z muzyką klasyczną i popem, odważnie flirtował z rockiem, by finalnie zmienić płytę wrocławskiej Hali Stulecia w taneczny parkiet.

Nie zabrakło takich utworów jak Cinema Paradiso, Emmanuel, Italia, My Funny Valentine czy podniosłego Hallelujah z repertuaru Leonarda Cohena, podczas wykonywania którego za mikrofonem stanął wokalista tenorowy, George Komsky, przedstawiony przez Chrisa jako „drugi gość specjalny”. Jestem pewien, że w tym momencie niejednej reprezentantce płci pięknej, zgromadzonej wśród publiczności, zmiękły kolana. Mnie jednak ta część koncertu, ze względu na patos, za którym nie przepadam, a także prezentowany rodzaj muzyki, urzekła najmniej.

Poza pierwszoligową i pełną poczucia humoru grą Chrisa na trąbce, najbardziej ukochałem sobie występ trzeciego gościa – charyzmatycznej i niezwykle urokliwej Sy Smith. Soulowa wokalistka, którą stali czytelnicy SugaSoul z pewnością doskonale znają, przez moment przyćmiła nawet głównego bohatera wieczoru. The Look of Love z repertuaru Burta Bacharacha, czyli stały punkt podczas koncertów w ramach „niekończącej się trasy” trębacza, sprawił, że wrocławska publiczność stała się wyraźnie głośniejsza. Najlepsze jednak przed nami!

Spośród czteroosobowego zespołu Chrisa, niemalże od początku trwania koncertu, moją uwagę najbardziej skupił na sobie perkusista. Kiedy przyszedł czas na kilka minut jego popisowej gry, która balansowała gdzieś pomiędzy instrumentalnym kunsztem, akrobatyką a grą aktorską, licznie zgromadzona publiczność wprost oszalała. Brawurowy występ Lee Pearson’a zakończyły owacje na stojąco. Niedługo potem wrocławscy fani talentu Chrisa Bottiego wstali z krzeseł, przenieśli się pod samą scenę i dali porwać do tańca. Trwało to aż do końca bisu, na który nie trzeba było długo czekać.

Autor: Piotr Bućkun