Recenzja: Lianne La Havas – „Blood”

lianne_la_havas_blood

Na następcę znakomitego debiutu Is Your Love Big Enough? czekaliśmy długie, zbyt długie, trzy lata. Wytęskniony drugi krążek Lianne La Havas szczęśliwie okazuje się być wszystkim o co fan dobrej muzyki mógłby prosić.

Debiutancki album Lianne La Havas był niewątpliwie jednym z największych objawień okołosoulowej muzyki w 2012 roku, kradnąc serca tysięcy słuchaczy na świecie i zajmując czołowe miejsca w najróżniejszych rankingach (w tym zaszczytne drugie miejsce w rocznym podsumowaniu SugaSoul). O ile jednak pierworodne muzyczne dziecko artystki kochało się od absolutnie pierwszego usłyszenia, młodszy brat imieniem Blood, wymaga większego zaangażowania. Drugi album La Havas to dzieło dużo dojrzalsze, bogatsze i chyba też bardziej szczere, tak muzycznie jak i lirycznie, bowiem tematyka utworów jest dużo bardziej zróżnicowana niż na wybitnie romantycznym krążku Is Your Love Big Enough?

Płyta Blood wypełniona jest wariacjami na temat poszukiwania i odkrywania samej siebie. Choć w przypadku Lianne mamy do czynienia przede wszystkim z próbami zrozumienia swej tożsamości i rasowej przynależności, podróż w którą nas zabiera jest uniwersalna i każdy na pewnym etapie życia identyfikował się lub będzie identyfikować z uczuciem zagubienia oraz (nie)przynależności, (nie)dopasowania do grupy. Najsilniejszym ogniwem Blood pozostaje znakomity technicznie, silny wokal La Havas, ale uznanie budzi także jej muzyczna odwaga oraz dojrzałość zaprezentowana na większości materiału.

Lianne z jednej strony flirtuje z mainstreamowym, łatwiej przyswajalnym brzmieniem, zapraszając do produkcji otwierającego krążek Unstoppable Paula Epwortha, znanego ze współpracy m.in. z Adele czy też serwując nam przebojowe What You Don’t Do, utrzymane w konwencji radosnego popu z delikatnym jamajskim flow. Z drugiej zaś strony w piosence Green & Gold artystka przypomina, że jej najbardziej naturalnym muzycznym środowiskiem pozostaje subtelny soul okraszony niebanalnym tekstem. Jako że, Lianne to londynka z urodzenia, specyficzna, nostalgiczna melodyjność nie jest jej obca, czego przykładem jest choćby Ghost czy Good Goodbye. Największe jednak wrażenie artystka robi w eksperymentalnym i głęboko intrygującym Never Get Enough. Bardzo życzyłabym sobie by Lianne częściej chodziła tą niewydeptaną, ciekawą ścieżką, która mogłaby się stać jej znakiem firmowym.

Blood to mądra i wyrafinowana fuzja soulu, jazzu, folku oraz popu, opakowana w melancholię i bardzo kobiecą delikatność. Lianne La Havas po mocnym uderzeniu jakim był debiutancki album, sprostała wszystkim oczekiwaniom i nadziejom, jakie były w niej pokładane, podnosząc sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Brytyjka pozostaje jednym z najciekawszych muzycznych twórców młodego pokolenia, których artystycznych poczynań nieprzyzwoitością byłoby nie śledzić.

Lianne La Havas
Blood
Warner Bros, 2015

Autor: Funky Fox