Recenzja: Mary J. Blige – „The London Sessions”

91wqg+iE6pL._SL1500_

Co robi amerykańska weteranka r&b w poszukiwaniu zupełnie nowych inspiracji muzycznych? Przeprowadza się na miesiąc do stolicy Wielkiej Brytanii i nagrywa album, którym zaskakuje wszystkich.

Ostatnie lata w karierze Mary J. Blige trudno nazwać udanymi. Zerkając na dyskografię artystki dochodzę do wniosku, że większy i szczery entuzjazm słuchając jej twórczości ostatni raz czułem po premierze płyty Growing Pains z 2007 roku. Potem było już tylko gorzej. Niepokojąco umiarkowanie absorbujące Stronger with Each Tear (2009) i My Life II… The Journey Continues (2011), ciekawostka w postaci świątecznego krążka A Mary Christmas (2013), czy wreszcie tegoroczne wydawnictwo Think Like a Man Too, będące oficjalną ścieżką dźwiękową do filmu o tym samym tytule, przeszły niemalże bez echa, stawiając karierę ich autorki w martwym punkcie. Jak jest w przypadku The London Sessions? Nadal nie jest to to, czego bym sobie życzył.

Gościnne występy w utworach topowych brytyjskich artystów – Disclosure i Sama Smitha – sprawiły, że Mary najwyraźniej doceniła świeżość, jaką niesie ze sobą londyńska scena. Kolejnym krokiem było nagranie The London Sessions przy pomocy takich gwiazd, jak Emeli Sandé, Naughty Boy, Sam Romans, wspomniani powyżej i kilkoro innych.

Przyznam, że mam spory problem z najnowszą propozycją sygnowaną nazwiskiem Blige. Z jednej strony nie sposób nie docenić jej kreatywności, z drugiej zaś uderza mnie brak konsekwencji i niepotrzebna zachowawczość. Dlaczego połowa krążka to całkowicie nowa odsłona wokalistki, a druga po raz kolejny w większości okazała się wtórna lub nieznośnie balladowa, działając tym samym na niekorzyść tego, czym chwilę wcześniej autentycznie mogła zachwycić słuchacza? Dlaczego longplay brzmi tak, jakby jego autorka chciała zadowolić dwie strony: wiernych fanów, wychowanych na jej numerach z pogranicza r&b i soulu i tą drugą, która być może poznała ją dopiero w tej, zupełnie nowej dla niej stylistyce deep house’owych brzmień?

Z  mniej interesującej części The London Sessions na piedestale stawić należy świetne Whole Damn Year, do którego tekst Blige napisała wspólnie z Emeli Sandé. Kawałek imponuje pod względem lirycznym i przywołuje na myśl najlepsze czasy w karierze artystki. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiła na mnie jednak taneczna odsłona zestawu. Wpadające w ucho niemal od pierwszego odsłuchu, syntetyczne Right Now, przy którym Mary ponownie współpracowała z Disclosure, następujące po nim My Loving czy Pick Me Up (znakomity motyw z saksofonem w roli głównej), którego produkcją zajął się autor radiowych hitów, Naughty Boy… Tutaj lista moich faworytów niestety się kończy.

Trudno przewidzieć, jak dalej potoczy się kariera Mary J. Blige. Być może wokalistka będzie kontynuować romans z klubowym brzmieniem i nagra prawdziwie soczysty album w tym klimacie, bez zbędnych półśrodków i balladowych „przeszkadzajek”. Istnieje też możliwość, że weźmie się w garść i przypomni, że przydomek „Queen of Hip-Hop Soul” nie został jej nadany przed wieloma laty bez powodu. Trzymam kciuki.

Mary J. Blige
The London Sessions
Capitol, 2014

Autor: Piotr Bućkun