Recenzja: Natalia Przybysz – „Prąd”

prad-500x448

Jeśli myśleliście, że ostatni album starszej z sióstr Przybysz, po brzegi wypełniony coverami z repertuaru nieodżałowanej Janis Joplin, był tylko jej jednorazowym romansem z bluesowo-rockowym brzmieniem, to mam dla Was dobre wieści: jedna z najbardziej utalentowanych artystek w Polsce dalej podąża tą drogą i ma się lepiej niż kiedykolwiek.

Najnowsze, czwarte w dotychczasowej karierze Natalii Przybysz wydawnictwo zatytułowane Prąd to dziesięć utworów zaśpiewanych po polsku. Osiem autorskich i dwa covery. Już singlowy Miód zwiastował rychłe nadejście jednego z najlepszych krążków z rodzimego podwórka 2014 roku. Moje prognozy sprawdziły się doskonale.

Szczery, inteligentny, niebanalny, wzbudzający skrajne emocje – takimi i wieloma innymi przymiotnikami można opisać tegoroczną płytę Natalii. Zdradzę,  że należę do absolutnie bezwarunkowych fanów Sistars i dwóch pierwszych, solowych projektów bohaterki tej recenzji, które – choć brzmiały nieco mniej „przystępnie” –  utrzymane były w stylistyce twórczości jej macierzystego zespołu. Ewidentna zmiana, która zaszła na albumie hołdującym Janis Joplin, początkowo – delikatnie mówiąc – nie wywołała we mnie fali entuzjazmu. Co prawda, krążek ostatecznie bardzo polubiłem, to jednak cały czas liczyłem na powrót „starej” Przybysz. Po kilku odsłuchaniach Prądu jestem jej wdzięczny, że tak się nie stało.

Wokalistka postawiła wszystko na jedną kartę. Osobiste, nierzadko buntownicze, naprawdę świetne teksty okrasiła wokalem, który nigdy wcześniej nie brzmiał tak świadomie, dojrzale i emocjonalnie. W tle rozbrzmiewają głośne gitary, a Natalia zaskakuje zaawansowaną chrypką w głosie. To naprawdę działa.

Artystka na przemian jawi się jako pewna siebie, wyzwolona kobieta (Nie będę Twoją laleczką), by za chwilę dać upust swej tęsknocie (Królowa śniegu), czy egzystencjalnym niepewnościom (wspomniany Miód). Na szczególną uwagę zasługują covery zawarte na płycie: Kwiaty ojczyste Czesława Niemena i Do kogo idziesz? z repertuaru Miry Kubasińskiej. Taki wybór może zaskoczyć niektórych fanów piosenkarki, ale uwierzcie: to bodaj najlepsze momenty na całym Prądzie. Doskonale słychać, że polska muzyka z lat 60. i 70. nie jest jej obca.

Choć sukces komercyjny, a przede wszystkim artystyczny tegorocznej propozycji Natalii Marii Przybysz może zwiastować, że jej kolejny krążek również zakorzeniony będzie w rocku i bluesie, to nie mam już zamiaru zawracać sobie tym głowy. Zwyczajnie wiem, że o poziom wszystkiego, co wyjdzie z jej muzycznego atelier mogę być spokojny.

Natalia Przybysz
Prąd
Warner Music Poland, 2014

Autor: Piotr Bućkun