Recenzja: Aretha Franklin – „Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics”

81DDdqF5MdL._SL1500_-500x497

Nowy album Arethy Franklin z pewnością nie zachwyci słuchaczy, którzy jakimś cudem nie mieli wcześniej do czynienia z jej twórczością. Nie to jednak jest najgorsze. Materiał zawarty na wydawnictwie może okazać się sromotnym zawodem nawet dla zagorzałych fanów siedemdziesięciodwuletniej artystki.

Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics to, jak wskazuje sam tytuł, zbiór najrozmaitszych przebojów, starszych i młodszych, z repertuaru innych śpiewających pań. W przypadku debiutantek, czy nawet wokalistek z nieco bogatszą dyskografią, taki zabieg zazwyczaj nie budzi kontrowersji. Do decyzji o wydaniu takiego krążka przez żywe legendy muzyczne, jaką niewątpliwie jest Aretha, podchodzę już z większym dystansem. Próba znalezienia własnej przestrzeni w muzycznym światku? Odcinanie kuponów? Brak pomysłu na dalszą karierę? Zmęczenie? To wszystko zwykle kończy się fiaskiem. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej propozycji sygnowanej nazwiskiem Franklin.

Pierwsze co razi podczas słuchania płyty to głos jej autorki. Wszyscy doskonale wiemy, że diva w ostatnich latach borykała się z ciężkimi chorobami. Dlaczego zatem na albumie brzmi jakby na siłę chciała udowodnić, że jej wokal jest nieskazitelny jak przed laty? Myślę, że gdyby podeszła do sprawy bez usilnego ukrywania patyny czasu własnego głosu, wyszłoby zdecydowanie lepiej. Kto jak kto, ale ona nie musi przekonywać nikogo, że w jej piersi drzemie olbrzymi talent.

Przejdźmy jednak do samej zawartości Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics. Zestaw otwiera At Lat z repertuaru nieodżałowanej Etty James, które brzmi całkiem przyzwoicie. Na tyle, że nabrałem apetytu na więcej. Mój entuzjazm opadł razem z rozpoczęciem się singlowej interpretacji Rolling In The Deep Adele. Diva wokalnie nie do końca  poradziła sobie z tym utworem, co słychać w nim bodaj najbardziej spośród wszystkich pozostałych. Numer szybko stał się dla mnie jeszcze bardziej męczący, niż w okresie jego największego przemielania przez stacje radiowe niespełna cztery lata temu. Za zbędny uważam także zabieg wplatania innej piosenki w niektóre nagrania, jak w przypadku I Will Survive z repertuaru Glorii Gaynor, które po chwili ewoluuje w Survivor Destiny’s Child. Tworzy to chaos i natłok niepotrzebnych emocji, zwłaszcza przy tak bogatym instrumentarium jakim niewątpliwie może poszczycić się album. Dalej nie jest lepiej. Podszyte reggae’owym vibem No One, które śpiewała niegdyś Alicia Keys, brzmi po prostu przaśnie.

Za najmocniejsze punkty Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics bezdyskusyjnie uznać należy elegancko jazzujące Teach Me Tonight oraz Nothing Compares 2 U. W tworzeniu ostatniego Aretha wykazała się zdecydowanie największą dozą kreatywności. Klasyk z repertuaru Sinéad O’Connor z ledwością można poznać.

Zawsze będę trzymać się wersji, że covery to naprawdę dobra rzecz. Przy ich tworzeniu należy pamiętać jednak o kilku bardzo ważnych kwestiach: nie można potraktować ich wtórnie i po macoszemu oraz robić na siłę. W przypadku Arethy Franklin tego właśnie zabrakło.

Aretha Franklin
Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics
RCA, 2014

http://youtu.be/1ufH-jEh8rU

Autor: Piotr Bućkun