Recenzja: Daley – „Days & Nights”

Brytyjczyk, który kilka lat temu zjawił się w muzycznym biznesie niemal znikąd i natychmiast urzekł tysiące fanów dobrej muzyki, finalnie podzielił się ze światem swym debiutanckim albumem zatytułowanym Days & Nights.

Iskra talentu Daleya rozbłysła nagle i zupełnie nieoczekiwanie w 2012 roku, kiedy to urodzony w Manchesterze artysta zaprezentował singiel Alone Together z gościnnym udziałem wielkiej Marshy Ambrosious. Już wtedy było wiadomo, że mamy do czynienia z postacią muzycznie charakterystyczną choć z aparycji – prócz bujnej fryzury – bardzo niepozorną. Bladolicy wokalista i songwriter raczył nas swoją twórczością powoli i z rozmysłem. Wszystkie jego EPki okazały się prezentować nader wysoki poziom, toteż oczekiwania wobec pierwszego w karierze Daleya longplaya były spore. Czy młodzieniec z Wysp im sprostał?

Przyznam, że pierwsze przesłuchanie najnowszego albumu artysty nieco mnie rozczarowało. Pomimo oczywistych, obiektywnie mocnych punktów, Days & Nights tchnęło nieznośnym pragnieniem perfekcyjności, które niejako pozbawiło muzykę swobody i polotu. Dałam jednak płycie kolejne szanse, bowiem swoimi wcześniejszymi projektami Daley udowodnił, że na nie zasługuje.

Days & Nights przyspiesza i prawdziwie urzeka w swej drugiej połowie. I choć nie sposób odmówić urody nieco old-schoolowo brzmiącemu Look Up, obdarzonego piękną melodią Blame The World czy urzekającego lirycznie Be, to jednak dopiero wszystkim znane Alone Together stanowi linię odgraniczającą materiał dobry od bardzo dobrego. Niektórzy mogą stwierdzić z (częściowo zrozumiałym dla mnie) niesmakiem, że ta część płyty jest bardziej popowa, niemniej krytykanci ci zapomnieli chyba, że nie tak dawno temu „pop” nie brzmiał jak zniewaga. Daley nawiązuje do najlepszych tradycji wielkich mistrzów muzyki dla mas niepozbawionych gustu i wrażliwości. Warto przy tym dodać, że w tej nieco łatwiejszej, nieco bardziej „białej” muzyce jest całe mnóstwo rhythm&bluesowych oraz elektronicznych smaczków i odniesień, które sprawiają, że słuchanie takich utworów jak piosenka tytułowa, Pass It On, She Fades, Love Somebody jest niesłychaną wprost przyjemnością . Godnym odnotowania jest również fakt, że Daley jako – o zgrozo! – jeden z nielicznych artystów najmłodszego pokolenia, sięga przynajmniej kilka razy po żywe instrumenty, które dodają sporo klasy i wdzięku każdej piosence.

Debiutancki krążek Brytyjczyka nie zawodzi, choć daje do myślenia. Daley bowiem nie jest męską inkarnacją Amy Winehouse, kobiety o białej skórze lecz całkowicie hebanowym sercu i głosie; to artysta wciąż poszukujący, próbujący od czasu do czasu bardzo bliskich kontaktów z czarnym r&b, co nie zawsze wychodzi na dobre. Dwudziestopięcioletni reprezentant Wysp powinien pozostać sobą i tworzyć to, co prawdziwie gra w jego duszy, nie silić się zaś na udawanie brytyjskiego odpowiednika Justina Timberlake’a. Days & Nights to debiut więcej niż solidny i dostarczy sporo radości tak miłośnikom Daleya z pewnym już stażem jak i słuchaczom, którzy wokalisty dobrze nie znają, a otwarci są na świeże brzmienia z naprawdę wysokiej półki.

Daley
Days & Nights
Polydor Records, 2014

Autor: Funky Fox