Recenzja: Ledisi – „The Truth”

„Zmieniam swoje życie, dojrzewam z każdym nowym albumem. Od zawsze czułam się dobrze sama ze sobą, ale obecnie weszłam na inny poziom” – tak Ledisi reklamuje swoje najnowsze wydawnictwo zatytułowane The Truth. Nie sposób się z nią nie zgodzić, bowiem spore zmiany słychać już od pierwszych taktów krążka.

Ledisi Anibade Young, kojarzona dotychczas z typowo soulowym repertuarem, postanowiła posunąć się o kilka muzycznych kroków dalej. Stylistyczne innowacje mogliśmy odnotować już na poprzednim albumie artystki, Pieces of Me z 2011 roku, jednak swoboda jej muzycznej zachowawczości nigdy wcześniej nie była tak wyeksponowana.

Brzmieniowo The Truth zaskakuje już od utworu otwierającego, czyli singlowego I Blame You. W naładowanym pozytywną energią kawałku, który przez opinię publiczną porównany został do Love on Top z repertuaru… Beyoncé, Ledisi daje upust swoim uczuciom do ukochanego i śpiewa o zyskaniu pewności siebie. To tylko wierzchołek góry lodowej. Kolejne, utrzymane w stylistyce modnego rhythm&bluesa i bodaj najszybsze kawałki w karierze Ledisi, Rock With You i That Good Good, bardziej kojarzą się z płytami Mary J. Blige, Keyshii  Cole czy Melanie Fiony, niż wokalistki rodem z Nowego Orleanu. Jeśli wytwórnia wydająca The Truth, przy wyborze kolejnego singla, pójdzie analogicznym torem myślenia, to właśnie drugi, ze wspomnianych numerów, na niego trafi, bowiem jest to nagranie o największym hitowym potencjale na całym krążku. Po tanecznych momentach, Ledisi nieco zwalnia. Wśród 10 mniej lub bardziej zajmujących kompozycji znajdujących się na albumie, na uwagę zasługują leniwe Lose Control i tytułowe The Truth, w którym na pierwszy plan wysuwa się mocny, buchający emocjami wokal artystki. Wyróżnić należy także ten zamykający cały zestaw, czyli wpadające w ucho Can’t Help Who You Love, będące jednym z najmocniejszych momentów na najnowszym wydawnictwie czterdziestodwuletniej wokalistki.

Mimo że The Truth nie sposób odmówić wdzięku, świeżości, a także docenić jak zwykle świetnego warsztatu wokalnego Ledisi i warstwy lirycznej, to jednak czegoś tutaj brakuje. Soulowego ducha ujmującego na Soulsinger: The Revival – debiucie z 2000 roku, jazzowego sznytu znanego z jego następcy, emocji i niezapomnianych melodii zawartych na genialnym Lost & Found, a może temperamentnego pazura i kunsztu producenckiego Raphaela Saadiq’a z Turn Me Loose? Jedno wiem na pewno: Ledisi w nieco bardziej komercyjnym brzmieniu sprawdza się równie znakomicie, niezmiennie ją doceniam, ale na kolejnym krążku powinna pomyśleć o powrocie do korzeni, a już na pewno nie posuwać się o krok dalej.

Ledisi
The Truth
Verve Music Group, 2014

Autor: Piotr Bućkun

  • „I Blame You” rzeczywiście jest podobne do „Love on Top”, więc nie dziwię się skojarzeniom. Nawiasem mówiąc, i Beyonce ma w repertuarze solidne uwory, ale rozumiem, że nie do końca utożsamiacie jś z gatunkiem R&B/soul, dlatego np. nie zrecenzowaliście jej ostatniej płyty.

  • Piotr Bućkun

    Od zawsze piszę tylko i wyłącznie o tym, o czym chcę, a nie dlatego, że wypada. Argument przetoczony przez Ciebie również miał istotne znaczenie ;)

    A co do repertuaru Beyonce, to oczywiście, że ma ona w swoim dorobku solidne kawałki, „Love on Top” jest jednym z nich :)

  • „Od zawsze piszę tylko i wyłącznie o tym, o czym chcę, a nie dlatego, że wypada.”
    A to się ceni, i owszem :).