Relacja: Ania Szarmach i Frank McComb wystąpili w Poznaniu

Zapraszamy do lektury relacji z koncertu Ani Szarmach i Franka McComba, który odbył się kilka dni temu w poznańskim kinoteatrze Apollo.

Takiego wydarzenia muzycznego nie spodziewał się chyba nikt. Znana polska wokalistka wystąpiła u boku jednego z najbardziej utalentowanych przedstawicieli niezależnej sceny soulowej na świecie. Co z tego wyszło? Trwający sporo ponad dwie godziny koncert pełen pasji i szczerej radości bijącej ze sceny.

Pierwsza część wieczoru należała do Ani. Artystka zaśpiewała swoje największe przeboje z trzech dotychczas wydanych albumów, a więc pojawiły się takie kawałki jak: Dlaczego, Wybieram Cię czy Z Tobą. Szarmach to zdecydowanie jedna z tych wokalistek, których słuchanie na żywo sprawia dużo większe wrażenia artystyczne, aniżeli z płyt. Przez ponad godzinę swojego występu Ania zdążyła rozruszać i zachęcić do wspólnego śpiewania licznie zgromadzoną publikę, u której widać było wyraźne zadowolenie. Kończąc wywód na temat części koncertowej artystki, nie sposób nie wspomnieć o kilku kwestiach. Po pierwsze: znakomite chórki. Głosy Ireny Kijewskiej i Kasi Dereń współbrzmiały ze sobą nadzwyczaj elegancko. Nie inaczej sprawa miała się z licznym zespołem, który zresztą wielokrotnie chwalony był przez samego bohatera drugiej części wieczoru. Rzeczą, która również zwróciła moją uwagę było oświetlenie. Rzadko można być świadkiem tak przemyślanej i efektownej gry świateł podczas koncertów polskich wykonawców.

Zapewne spora część widowni poznańskiego kinoteatru Apollo, wypełnionej tego wieczoru po brzegi, przyszła posłuchać głównie Franka, wszak była to jego pierwsza wizyta w Polsce jako solowego artysty. McComb okazał się bardzo ciepłym i dowcipnym człowiekiem, o czym mogły świadczyć nieustanne żarty kierowane w stronę muzyków oraz publiczności. Z niezwykłą aprobatą zgromadzonych spotkał się także jego charakterystyczny śmiech. Wokaliście na scenie na stałe towarzyszyła dwójka muzyków, których „pożyczył” od Szarmach: Piotr Żaczek (gitara basowa) oraz Robert Luty (perkusja).  Bez wątpienia najbardziej chwytającym za serce i klimatycznym momentem podczas występu Franka była część, w której oddał hołd swojemu największemu idolowi, nieodżałowanemu Donny’emu Hathaway’owi. Co ciekawe, artysta, ze względu na bardzo podobną barwę głosu, jest do niego często porównywany. Utwory takie jak You Were Meant For Me czy klasyczne A Song For You zaśpiewane przez McComba sprawiły, że po raz kolejny przekonałem się, iż prawdziwy soul nadal żyje i ma się dobrze. Tego mi było trzeba.

Autor: Piotr Bućkun